To był poniedziałek, chociaż przecież dopiero był piątek. To był jeden z tych dni, kiedy postanawiasz rzucić to wszystko i nie wyjechać w Bieszczady. Rzucić pracę w korporacji, startupie, instytucji państwowej, rodzinnej firmie z wieloletnią tradycją, średnim, małym i dużym przedsiębiorstwie. W związku z dynamicznym rozwojem firmy, w ogóle najszybciej rozwijającej się nie tylko na rynku polskim, ale i zagranicznym, postanawiasz rzucić to wszystko i nie wypasać owiec. Rzucić pracę i nie wyruszyć w podróż dookoła świata. Postanawiasz rzucić to wszystko i nie robić nic. Błogie, błogosławione, absolutne, nieskończone nic. I prosisz o uszanowanie decyzji wszystkich oburzonych, którzy w głębi braku serca lub rozumu zazdroszczą tobie tak bardzo, że pożarliby cię spojrzeniem, gdyby tylko byli w stanie spojrzeć ci w oczy, pożarliby cię, gdyby tylko nie byli na wiecznym wegetowaniu. Bo sami chcieliby rzucić to wszystko, ale przecież co ludzie powiedzą - to po pierwsze. Po drugie, co z tą Polską, emeryturą i kredytem, a po trzecie - nie mogą istnieć bez narzekania to wezmą sobie wezmą będą do usranej śmierci tkwić w tym jednym zagrzanym miejscu na tej ciepłej posadce i nigdy nieprzestawianym stołku. Żeby tylko nie wyjść nigdy ze swojej strefy dyskomfortu, która dłużej uczęszczana stała się całkiem komfortowa. I wegetują, gotują się w sobie, wegotowują się. I nigdy nie słyszeli o mówmencie, personalnej deweloperce i o tym, że takie rzucenie sobie wszystkiego w poniedziałek jest jak latem deszcz na betonie.
W tym momencie włącz Taco Hemingway, zamknij oczy, odczekaj cztery minuty dwanaście sekund.
Czujesz to?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz